Aktualności

Zbigniew Namysłowski Quintet w POSK-u!

Zbigniew Namysłowski Quintet w POSK-u!

W programie kompozycje Namysłowskiego i Komedy

Jubileusz teatru Syrena

Jubileusz teatru Syrena

Otwarcie historycznej wystawy i specjalna premiera!

60 lat przygód z Syreną!

60 lat przygód z Syreną!

- specjalna historyczna wystawa oraz premiera sztuki „Koziołek Matołek – przygody z Syreną”

Bilety na pokazy "Bożego Ciała" w Kinie POSK-u

Bilety na pokazy "Bożego Ciała" w Kinie POSK-u

Szczegóły dotyczące sprzedaży biletów na pokazy w czwartek 17/10 i sobotę 19/10

Wrzesień 2019 w POSK-u

Wrzesień 2019 w POSK-u

przegląd najważniejszych wydarzeń

Jawnuta w POSK-u!

Jawnuta w POSK-u!

Porywająca premiera w ramach obchodów Roku Moniuszkowskiego

Sposób postrzegania świata

Już niebawem ruszy POSK-owa galeria podróżników. Przejściowa w dwojakim sensie. Przenośnym, bo działalność każdej galerii charakteryzuje ulotność i przejściowość prezentowanych prac i dosłownym, bo mowa tu o przejściówce między holem ośrodka, a kawiarnią Maja, gdzie vis a vis księgarni od lat wiszą plakaty. Mają je zastąpić fotografie z podróży zwyczajnej i niezwyczajnej, długiej lub krótkiej, weekendowej wycieczki lub zamorskiej kanikuły. Fotografie popełnione przez amatorów.

Pokaż się
„Przejściówką” gospodarował będzie Mariusz Czajkowski. Malarz w dwojakim sensie. Pokojowym i artystycznym. Żyje z malowania. Wprawdzie domów i mieszkań, ale jak to sobie tłumaczy: i tu i tam jednak farba. A „po godzinach” oddaje się swoim obrazom. – Idea jest taka, aby ludzie, którzy podróżują i prawie zawsze przywożą ze swoich wojaży zdjęcia, mogli pokazać je innym. Oczywiście muszą być to ciekawe fotografie, dalekie od bylejakości, ale wyłącznie amatorskie. Ludziom nawet do głowy nie przyjdzie, że mogą pokazać swoje zdjęcia szerszemu gronu. A nawet gdyby chcieli, musieliby zapłacić za wynajem sali. POSK udostępnia miejsce za darmo. Obliczyłem, że na tej ścianie zmieści się 24 zdjęć formatu A4. Oczywiście rozmiar fotografii to rzecz absolutnie dowolna. Ktoś zechce je sobie sam powiesić – proszę bardzo. Ktoś przyśle je pocztą, bo mieszka poza Londynem, powieszę je osobiście. Wszystko jest do ustalenia – mówi Mariusz. W maju zapadnie decyzja, co do szczegółów realizacji tego pomysłu. – O ile zostanę zaakceptowany jako członek POSK-u, biorę się do roboty. Informacja o galerii podróżników pójdzie wtedy do wszystkich gazet i portali internetowych, żeby ludzie się o niej dowiedzieli – kontynuuje.
Na stronie internetowej ośrodka (www.posk.org.) zawiśnie regulamin korzystania z „przejściówki”, a do wszystkich polonijnych mediów powędruje szczegółowa informacja. Nie będzie to pierwsze w POSK-u miejsce, gdzie mogą zaprezentować się artyści. W Jazz Cafe, która co tydzień cieszy się stałą liczbą słuchaczy weekendowych koncertów, również można powiesić obrazy i zorganizować wernisaż. I co najważniejsze – nie płacąc za wynajem powierzchni. W ostatnich tygodniach swoje abstrakcje przedstawił właśnie Mariusz Czajkowski: – Malowałem te obrazy dla ludzi niewidomych, dlatego nazywam je malarstwem dotykowym. Pomysł powstał już dawno, poświęciłem mu temat mojej pracy dyplomowej, który brzmiał „Powierzchnia dotknięta też przemawia”. Stąd właśnie, te płótna są bardzo jaskrawe, jednobarwne i mają bardzo chropowatą strukturę. Żeby za pomocą dotyku można było poczuć ich barwę i wyobrazić sobie, jak wygląda obraz.

Coś jak z Młynarskiego
Jak to się mówi, szczęka mi opadła, kiedy dowiedziałem się, że jest to instytucja charytatywna – mówi Mariusz o początkach swojej „znajomości” z POSK-iem. – Młodzi emigranci tego nie wiedzą! Najczęściej słyszę od nich hasła w rodzaju: „Oni” mają pieniądze, nikogo do nich nie dopuszczają... lecz kiedy dowiedziałem się, jak to wszystko funkcjonuje, to wcale się nie dziwię, że nie tak łatwo zaakceptować pierwszego lepszego gościa z ulicy, który przyjdzie i powie: chcę coś robić razem z wami.
- Pamiętam obrzydliwe komentarze, jakie czytałem w internecie pod relacją spotkania, które Ewa Brzeska zorganizowała, by zapytać ludzi o ich pomysły na rozkręcanie POSK-u. Napisałem, że najlepiej jest wszystko negować, ale kto chciałby pomóc temu ośrodkowi się rozwijać? I to nie za pieniążki, ale za darmo, na zasadzie wolontariatu, tak jak pracowali przez lata ci, którzy go wybudowali. Wkurza mnie, jak ludzie opluwają to miejsce. I to nie tylko z powodu szacunku dla tych, którzy je budowali, lecz przede wszystkim dlatego, że wiele z tych osób nie ma o funkcjonowaniu tego ośrodka zielonego pojęcia, tylko powielają raz zasłyszaną od kogoś opinię.
Od deski do deski przeczytałem historię tego miejsca. A u nas, Polaków jest tak, że nie wiesz, a zdepczesz, dla zasady. Ja też przez wiele lat do POSK-u nie przychodziłem. Bo też sugerowałem się złym zdaniem, które od kogoś usłyszałem. Że tu nic nie można załatwić. A ja jestem przykładem, że można! Zrobiłem tutaj trzy wystawy w ciągu ostatniego roku i nikt nie robił mi żadnych trudności. Wiadomo, że za galerię na parterze trzeba zapłacić i poczekać, nawet rok, ale to jest normalna procedura, jaka obowiązuje wszędzie. Najpierw dowiedz się, jak to miejsce naprawdę działa, odpowiadam tym, którzy z góry je negują. Trochę tak, jak w piosence Wojtka Młynarskiego o wronach, których nikt nie lubi, bo nawet im się nigdy lepiej nie przypatrzył. Ja natomiast wrony lubię.

Być u siebie
Mariusz nie jest emigrantem z dwuletnim stażem, który wciąż woli powracać do polskich klimatów, bo czuje się w nich bezpieczniej. Odkrył je dopiero po latach mieszkania w Londynie. I owszem, teraz darzy ten ośrodek sentymentem, który narodził się ze wspomnień nastoletniego przesiadywania w lokalnym domu kultury.
- Pracowała w nim moja mama, która szefowała restauracji. POSK jakoś kojarzy mi się z miejscem, gdzie przychodziło się pooddychać trochę innymi sprawami niż szkoła i dom, pograć w bilarda, wkraść się na jakiś koncert. Teraz przychodzę więc tutaj. Coś zjem, napiję się dobrej kawy, zobaczę wystawę, jakiś występ, posłucham jazzu, którego wcześniej nie lubiłem, a przede wszystkim spotykam się z ludźmi, żeby pogadać. I tak jak kiedyś dobrze się czułem w naszym domu kultury, tak i teraz dobrze się czuję tutaj – opowiada.
Jak to na emigracji, z robotą bywało różnie. Malował dachy, całą Anglię przejeździł malując tiry, robił japońskie łóżka bez użycia gwoździ, a od dziewięciu lat pracuje jako jedyny obcokrajowiec w brytyjskiej ekipie remontowej. – Kiedy ktoś mnie pyta kim jestem, odpowiadam tak, jak czuję: artystą. Bo nie chodzi o to, czy z tego żyjesz, tylko o sposób postrzegania świata. Ile razy widziałem, jak mi się przyglądano, bo robiłem zdjęcie czegoś, co mnie zainspirowało, zachwyciło, a czego ludzie nie dostrzegali. Zadzierali głowy wpatrując się w tę samą, co ja przestrzeń i nadal nie mogli rozszyfrować, co mnie w niej ujęło. Inspiracja leży na ulicy, widzi się ją, albo nie. 
Na jego wernisaż do Jazz Cafe przyszła dziewczyna, która próbuje malować. Porozmawiała z malarką, która ma już większy dorobek i być może zrobią wspólną wystawę, bo ich obrazy mają podobny klimat. Wyszła z tego wernisażu podbudowana, że może i ona będzie się mogła zaprezentować. I też powieszą swoje obrazy w POSK-u. Bo jak mówi Mariusz – niby dlaczego nie?

Elżbieta Sobolewska